niedziela, 14 lipca 2013

Sala znaleziona, termin zaklepany - czyli przygotowania do zmiany statusu związku ruszają!

W ten weekend byliśmy u moich rodziców w uroczym miasteczku - Łowiczu. Postanowiliśmy, że ze względu na ceny i - nie ukrywam - znajomości zorganizujemy ślub i wesele właśnie w tam. Bardziej doświadczeni w temacie zaślubin znajomi radzili: najpierw sala, potem ksiądz. No więc, najpierw sala. Cały wczorajszy dzień poświęciliśmy na szukanie sali idealnej. Sala idealna, w naszym mniemaniu:

  • jest gustownie urządzona
  • jej cena nie jest zaporowa
  • ma klimatyzację - to wymóg mojego P. ;-)
  • nie mieści się pośrodku niczego
  • ma miejsce gdzie można wyjść i się przewietrzyć
  • obsługa jest otwarta na nasze sugestie zmian

Znalezienie sali idealnej nie było proste... Widzieliśmy miejsca, które od lat '90-tych wcale się nie zmieniły (na podłogach niebieskie płytki PCV, na suficie balony i pasy materiału, przy stołach metalowe stołówkowe krzesła - brr!), widzieliśmy urocze dworki skąpane w zieleni, wyłożone marmurami i z... cenami mocno za wysokimi, miejsca ciemne, przytłaczające, modne ale mocno przereklamowane, śmierdzące (!) lub dopiero w stanie surowym (choć z ogromnym potencjałem). Dużo by wymieniać. Żeby Was nie przytłaczać nadmiarem niepotrzebnych informacji i pseudoreklamą, opiszę dwa miejsca. Pierwsze ku przestrodze, drugie to, na które się zdecydowaliśmy.

A zatem przestroga. Jeśli jesteście z okolic Łowicza (zakładając, że jesteście w ogóle) i planujecie przyjęcie weselne, na pewno traficie do sali weselnej Wiedeń. My, pod koniec całodziennego zwiedzania takich miejsc, również tam pojechaliśmy. Weszliśmy na salę, która była w całości pootwierana i żadnego człowieka nie było widać ani słychać. Mój P. zażartował, że moglibyśmy wynieść cały karton wódki (która stała niedaleko wejścia) i nikt by nie zauważył. Po dłuższej chwili czekania i mojego "tup tup tup" w szpilkach po parkiecie przyszła pani właścicielka z miną obrażonej królewny. I tak też nas przyjęła - jej sposób bycia, ton głosu i ta mina mówiły: "co wy tutaj robicie, gnoje?!". No, ale po całodziennym zbieraniu informacji o salach, postanowiliśmy dopytać, co ma nam do zaoferowania. Bogato i syto. To główna dewiza tego miejsca - 8 gorących posiłków w 6 wejściach. Przeczytaliśmy menu i stwierdziliśmy: bez sensu, chcemy zrezygnować z dwóch posiłków. I wtedy okazało się to praktycznie niemożliwe! Bo... goście będą głodni, bo... cena nie jest "obniżalna". Umowy też byśmy nie dostali, bo "po co nam ona". Na koniec rzuciliśmy okiem na pokoje BEZ okien i opuściliśmy lokal. Nie polecam.

A co polecam? Restaurację Stara Łaźnia, położoną 500m od Rynku Starego Miasta w Łowiczu. Restauracja mieści się w budynku z 1902 roku, w którym przed wieloma latami znajdowały się prysznice, pokoje z wannami i pokoje parowe - czad! Obecnie budynek przeszedł remont generalny i jest bardzo elegancko urządzony, zawiera też elementy folkloru łowickiego. Urzekł nas. A właściciele? Bardzo konkretni, rzeczowi, przedstawili nam kilka dobrych rozwiązań i poświęcili nam tyle czasu, ile potrzebowaliśmy. A cena nas nie powaliła :-)  Lokal został więc wstępnie zarezerwowany.

Kolejną rzeczą, do załatwienia była rozmowa z księdzem. Z tym też nie było problemu. Ksiądz podał nam również numery kontaktowe do par, które biorą ślub w tym samym dniu, co my. Dzięki temu nie będzie problemu, żeby podzielić koszty wystroju Kościoła na 3 :-)

Podsumowując, weekend był owocny: świetna, niebanalna sala, ładna data i godzina ślubu ;-) i jesteśmy HAPPY! Poniżej zdjęcia naszej łaźni ;)







(źródło zdjęć: www.facebook.com/restauracjastaralaznia)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz