I stało się. Od tygodnia mieszkamy w naszym nowym mieszkanku. Hmm, w zasadzie to nie do końca jest nasze i nie do końca jest nowe, ale i tak jest pięknie! Ale zanim o tym, jak jest pięknie, napiszę o tym, jak było niełatwo ;-)
Przy przeprowadzce widać, ile gromadzimy rzeczy. Każdy ma swoją manię zbierania; ja z uporem maniaka kolekcjonuję ubrania (dla przykładu, mam 12 sukienek, 14 par spodni długich, 8 par spodni krótkich i niepoliczoną ilość butów), a mój P - książki i ciekawe numery National Geographic (27 numerów i wygląda na to, że najciekawsze artykuły pisano w latach 1999 i 2000, bo nowszych numerów nie ma). Rozpakowywanie naszych skarbów zajęło nam 3 dni, ale szczęśliwie wszystko znalazło swoje miejsce. Mieszkanko, pomimo niewielkiego metrażu ma kilka miejsc (ogromny pawlacz, pudła, piwnica) w których można upchnąć, rzeczy np sezonowe i nie denerwować się, że wyłażą z szafy ;-)
Kolejną trudnością, z którą musieliśmy sobie poradzić był transport. Do tej pory mieszkaliśmy osobno w dwóch różnych zakątkach Warszawy. Oprócz ubrań i książek, trzeba było przewieźć też sofę, komodę, dwa rowery, krzesło... zwykły samochód by tego nie pomieścił. Chcieliśmy wynająć bagażówkę, ale najtańsza za ten kurs wzięłaby około 200 zł, a wiadomo dwie stówy piechotą nie chodzą. Na szczęście mój P. wpadł na genialny pomysł wynajęcia przyczepy ze stacji Statoil. Za cały dzień przyjemności jeżdżenia z przyczepą zapłaciliśmy 50 zł i udało nam się wszystko przewieźć bez żadnego problemu :-) (oczywiście z pomocą naszego świadka, pana W.)
Dziś spędzamy pierwszą niedzielę sami w naszym mieszkanku. Powoli doprowadzamy je do stanu, w którym mój zmysł estetyczny rozsiada się w fotelu i z uznaniem potrząsa głową, mówiąc "no, no. no!".
Poniżej kilka fotek z przeprowadzki.
Kot: "O, przywiozłaś pudła, będziemy się bawić?"
"Niema mnie!"
"Zabierz mnie ze sobą, będę grzeczna, I promise!"
Część rzeczy czekających na chłopaków z przyczepą.
Przyczepa i część(!) moich rzeczy jeszcze przed "starym" blokiem
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz